eko logo

Fast fashion, czyli szybki sposób, na ekologiczną klęskę

22 stycznia 2024

Fast fashion przemija równie szybko, jak się pojawia na wybiegach, pozostawiając po sobie górę odpadów.

Fast fashion

Gdy Zachód stroi się i śmieci na potęgę, kraje globalnego południa codziennie przyjmują tysiące kontenerów zużytych szmat i starych, podartych lub zwyczajnie niemodnych ubrań, które bogaci Europejczycy i mieszkańcy Stanów Zjednoczonych wyrzucają masowo każdego roku.

Skala zjawiska tzw. fast fashion – czyli masowej nadprodukcji tanich i mało wytrzymałych ubrań – i jego wpływ na środowisko, są zatrważające. Kilkanaście ton na sekundę – w takim tempie wysypiska śmieci w rozwijających się krajach zasypywane są kolejnymi hałdami zużytych tekstyliów, które średnio w jednej trzeciej przypłynęły na drugi koniec świata prosto z Europy. To szacunki Ellen MacArthur Foundation, która wyliczyła również, że więcej niż połowa naszych ubrań trafia na śmietnik w ciągu niespełna 12 miesięcy. 

Niestety, im więcej tanich i słabych jakościowo produktów trafia na rynek, tym gorzej dla środowiska. Większość produkowanych i wyrzucanych w ostatnich latach tekstyliów to materiały będące połączeniem bawełny i włókien syntetycznych, które nie ulegają biodegradacji. Innymi słowy, są to odpady, które pozostawione same sobie będą rozkładać się przez wiele lat, zanieczyszczając środowisko mikroplastikiem. W przemyśle tekstylnym używanych jest też ponad 1900 barwników i substancji chemicznych, które w procesie produkcji, w tym np. barwienia, trafiają do wody – punktuje Europejska Agencja Środowiska (EEA).  

W pułapce nadmiaru 

Trendy nie napawają optymizmem. Komisja Europejska przewiduje, że do 2030 r. sprzedaż odzieży i obuwia wzrośnie aż o 63 proc. Z kolei z wyliczeń przedstawionych w raporcie McKinsey & Company tylko w latach 2000-2015 światowa produkcja tekstyliów niemal się podwoiła i jest szacowana na 100 mld sztuk odzieży rocznie. Przy czym, co ciekawe, średnie zużycie jednej sztuki odzieży spadło.  

Odpowiedzialne za to, poza bogaceniem się społeczeństwa i coraz łatwiejszym dostępem do dóbr, jest właśnie zjawisko tzw. szybkiej mody, która stała się dominującym (i niezwykle lukratywnym) modelem funkcjonowania wielu największych firm odzieżowych na rynku. W skrócie polega on na szybkim kopiowaniu trendów z wybiegów uznanych projektantów i odtwarzaniu go po kosztach, w ogromnych ilościach i bez żadnego umiaru. Im więcej różnych kolekcji, rodzajów i wariantów – tym lepiej. Dobitnie pokazują to statystyki zebrane przez EEA: w 2000 r. standardem w sklepach były dwie kolekcje (lato-zima), a nieco ponad dekadę później – nową normą było już pięć kolekcji rocznie. Rekordziści, a przy tym jedni z największych graczy na rynku, mieli w swojej ofercie jednak nawet po kilkanaście, niekiedy nawet 24 kolekcji. 

(Nie)gotowi zmierzyć się z problemem fast fashion 

Liczby te, choć spektakularne, same w sobie nie zwiastują jeszcze nieuchronnej katastrofy. Wypadają jednak dużo gorzej, gdy zdamy sobie sprawę, jak bardzo jesteśmy nie przygotowani, by cały ten strumień odpadów tekstylnych przetworzyć. Sama Europejska Agencja Środowiska nie kryje, że w całej UE brakuje dziś specjalistycznych zakładów, które nadążyłyby z recyklingiem odpadów tekstylnych. A to skłania przedsiębiorców z branży odzieżowej, by szukać innych sposobów na pozbycie się nagromadzonych i niesprzedanych ubrań.  

Biznes nie znosi nie próżni. Szkoda tylko, że poszukiwania lepszych, proekologicznych rozwiązań zazwyczaj kończą się, gdy tylko znajdą się chętne kraje rozwijające w Afryce, Azji lub Ameryce Południowej, które za grosze przyjmą kontenery pełne tekstyliów.

Doprowadziło to do fatalnej sytuacji, w której musimy ratować się eksportem tekstyliów poza granice UE. Z danych EEA wynika, że w ciągu ostatnich dwóch dekad ilość używanych tekstyliów wywożonych z Unii Europejskiej potroiła się, z nieco ponad 550 tys. ton w 2000 r. do prawie 1,7 mln ton w 2019 r. Oznacza to, że statystyczny mieszkaniec Europy wyrzuca każdego roku prawie 4 kg odzieży. To jedna czwarta wszystkich kupionych w danym roku produktów tekstylnych (nie tylko ubrań, ale również produktów domowych, np. obrusów, pościeli).  

Czego oczy i procedury nie widzą 

Jaki jest dalszy los odpadów, gdy już dopłyną do afrykańskiej lub azjatyckiej ziemi? Zdecydowana większość trafi na legalne lub półlegalne wysypiska, co w warunkach krajów globalnego południa oznacza najczęściej prowizorycznie zabezpieczone góry piętrzących się śmieci, które pozostaną z mieszkańcami przez dziesiątki, jak nie setki lat.  

Popularne są też przypadki spalania śmieci, często bez jakiegokolwiek zabezpieczenia przed dymem i bez pomysłu jak bezpiecznie utylizować tony toksycznych popiołów, które zostały po procesie. Taki proceder został nagłośniony chociażby przez organizacje pozarządowe w Kambodży, które wykryły, że odpady tekstylne największych odzieżowych marek świata były wykorzystywane przy produkcji cegieł w fabrykach jako wysokokaloryczny wsad do pieców. Palono jednak nie tylko ubraniami, ale też gumą czy plastikami, wystawiając pracowników na wdychanie szkodliwych oparów.  

Czas na porządki w naszych szafach 

Chociaż opisywane patologie dzieją się na drugim końcu globu, to nie sposób uczciwie zaprzeczyć, że źródeł problemów, które od lat przerzucamy na biedniejsze kraje, musimy szukać też na naszym podwórku, albo też… w naszych szafach. A przede wszystkim, przyjrzeć się naszym indywidualnym wyborom i w miarę możliwości nie wspierać portfelem destrukcyjnego dla świata modelu fast fashion. Ale do tego, by wesprzeć jednostkowe wysiłki ekologicznie świadomych mieszkańców, kluczowe są zmiany na samym początku łańcucha produkcji, dystrybucji i utylizacji tekstyliów, który oplata dziś już cały świat. Jednym słowem, potrzebujemy zmian w skali globalnej.

I takie zmiany planuje też wdrożyć Komisja Europejska, która chce w najbliższych latach zdecydowanie ograniczyć eksport tekstyliów poza UE, wzmocnić europejski potencjał recyklingu poprzez budowę nowych zakładów, wymusić na branży odzieżowej tzw. ekoprojektowanie (czyli między innymi zrezygnowanie z najgorszych i najtrudniejszych w przetwarzaniu połączeń materiałów), a także wprowadzić nowe systemy certyfikacji ubrań oraz materiałów wykorzystywanych przy produkcji.   

Czy przyniosą one oczekiwany rezultat? Tylko czas pokaże. Niemniej już za niespełna dwa lata czekać nas będzie pierwszy test, który pokaże czy jesteśmy jakkolwiek przygotowani do walki o czystsze środowisko. Wtedy, czyli w 2025 r., w życie wejdzie już bowiem obowiązek selektywnej zbiórki tekstyliów, analogiczny do pozostałych frakcji surowcowych, które dziś rozdzielamy na 5 pojemników.  

W praktyce oznacza to, że już w przyszłym roku w naszej okolicy powinny zacząć powoli pojawiać się pierwsze gminne kontenery na odzież i odpady tekstylne. Bo to właśnie na gminach spocznie obowiązek zbierania tej konkretnej frakcji, tak jak dziś ma to miejsce w przypadku papieru, tworzyw sztucznych, metali, szkła, bioodpadów i odpadów resztkowych.  

Dyskusje dopiero przed nami

Co ciekawe, obecne przepisy nie precyzują jak ten obowiązek ma być realizowany. W praktyce pytanie sprowadza się więc do tego: czy w naszych altanach śmietnikowych pojawi się kolejny kubeł czy może gminy będą zbierać odpady tekstylne podobnie jak dziś zbierane są wielkogabarytowe, czyli zgodnie z wcześniej ustalonym harmonogramem odbioru? 

Ten pierwszy wariant może być bardziej kosztowny, bo firmy odbierające odpady będą musiały zaopatrzyć tysiące altan śmietnikowych w nowe kontenery, co na pewno odbije się – choć trudno powiedzieć jak znacząco – na finalnej cenie usługi. Z kolei drugi wariant zapewne byłby mniej kosztowny, ale za to bardziej kłopotliwy dla mieszkańców, którzy musieliby czekać na cyklicznie organizowany odbiór odpadów lub we własnym zakresie przekazywać je do tzw. punktów selektywnej zbiórki odpadów komunalnych (PSZOK).  

Który z nich wygra? Przekonamy się pewnie już za kilka miesięcy.

Jakub Pawłowski

Inne wpisy, które mogą Ciebie zainteresować

Skip to content